odgracanie // decluttering

Zawsze, kiedy czuję, że w moim życiu potrzebne są zmiany, to sprzątam.

Nie chodzi o ścieranie kurzy czy mycie okien, chociaż świat widziany przez brudne okna może przygnębiać. Moje Sprzątanie polega na bezlitosnym wyrzucaniu. Kiedy tylko w mojej głowie zakiełkuje myśl, że to już czas, że już trzeba, że to dobrze zrobi i że zawsze pomagało, to wszystkie rzeczy, które posiadam, zaczynają się czuć niepewnie i spiskować po kątach. Moje zmysły się wyostrzają, przysięgam, że mam wtedy nawet oczy niczym puma na polowaniu, a w głowie kołacze się kilka słów: „czego jeszcze się pozbyć?”. Wpadam w swego rodzaju trans, mogę tak godzinami siedzieć i przebierać w rzeczach, decydując o ich przyszłym losie. Przychodzi mi to coraz łatwiej za każdym razem, bo mięsień minimalisty należy ćwiczyć, tak jak każdy inny. W końcu przychodzi dzień, kiedy rzeczy stają się rzeczami, a nie wspomnieniami, pocieszeniem po nieudanym egzaminie czy próbą przejścia na dietę przez zakup spodni o dwa rozmiary mniejszych.

Minimalizm bez wątpienia zmienia życie,

czyni je łatwiejszym i spokojniejszym. O wiele lepiej wrócić do domu wiedząc, że mamy do przetarcia puste meble niż meble, z których przed sprzątaniem trzeba pozbierać bibeloty. Ubieranie się rano jest prostsze, gdy wybieramy tylko spośród rzeczy, które lubimy i które do nas pasują, niż wtedy, gdy to, co moglibyśmy założyć trzeba najpierw zweryfikować spośród rzeczy, których nabycia żałujemy.

Drobnostki, które nienachalnie zatruwają nam życie, a my nawet o tym nie wiemy. Są jak wrzód w wiadomym miejscu, który niby nie przeszkadza, ale wolałbyś go nie mieć.

 

Po pierwsze-by osiągnąć cel, najpierw trzeba go mieć.

Ja lubię wizualizować swoje cele-jak ma wyglądać pokój, który odgracam, na czym mi zależy przy kompletowaniu garderoby i jakie elementy mają znaleźć się w danym miejscu. Każda rzecz musi mieć swoje miejsce. Rzecz bezdomna staje się gratem, przerzucanym z jednego miejsca ma drugie. I znowu wracamy do podobieństwa wrzodu-niby nic, a jednak.

Wiele poradników mówi nam, że  należy się pozbywać rzeczy, których nie używamy dłużej niż na przykład pół roku. Na moje oko to straszna bzdura. Nie mogę używać sprzętu snowboardowego raz na pół roku, jeżeli udaje mi się pojechać w góry raz na rok, dwa. Mogę za to używać codziennie obrzydliwej, podziurawionej koszulki nocnej, której sam widok przyprawia mnie i resztę domowników o dreszcze, no ale skoro jest, trzyma się kupy, to jej nie wyrzucam.

 

Jaką miarą mierzysz rzeczy?

Moją miarą odgracania/pozbywania się (niepotrzebne skreślić), są uczucia, jakimi darzę rzeczy. Jeżeli moja suknia wieczorowa nie przydała mi się w ostatnim roku, ale samo spojrzenie na nią przyprawia mnie o pozytywne dreszcze, to musiałby mi ją ktoś  siłą wyrywać z rąk i wsadzać do worka na stare ubrania. Z kolei nieszczęsna już koszulka nocna, której nie cierpię, ale z dziwnych powodów nie kupię nowej, bo mam tą, mogłaby, po przyjęciu mojej miary sądzenia przedmiotów, z łatwością powędrować do kosza.

Każda rzecz ma dla nas określoną wartość, ale nie zapominajmy, że to tylko rzecz. Jeżeli dostałaś od przyjaciółki bluzkę, którą omijasz w szafie szerokim łukiem, to wyrzuć ją. Osoba, która cię obdarowała, na pewno nie chciała, żeby każde spojrzenie na prezent wzbudzało w tobie niesmak lub, co gorsza, poczucie winy.

Sama też na pewno kupiłaś nieraz rzeczy, które wolałabyś nigdy nie kupić. No ale stało się. Są. Miałaś zły dzień. I masz za każdym razem gdy znowu je widzisz. Czy jest sens zadręczenia się, że wydałaś pieniądze na coś dla ciebie bezużytecznego za każdym razem, gdy tę rzecz widzisz? Zrób coś dobrego dla siebie. Pozbądź się tej rzeczy raz na zawsze. Uwolnij się od niej. To, że ją masz i czujesz się winna jej kupna nie sprawi, że pieniądze wrócą na twoje konto. Pozbycie się tej rzeczy sprawi natomiast, że odetchniesz z ulgą.

Nie zostawiaj rzeczy „na wszelki wypadek”. To najgłupsza wymówka jaką kiedykolwiek słyszałam. Na przykład posiadanie dziesięciu kompletów pościeli na wypadek wielkiej ilości gości. Serio? Zamierzasz przyjmować uchodźców, czy co? Zostawianie książek, bo się za nie zapłaciło. Jeżeli raz ją przeczytałaś a umówmy się, że czujesz, że mogłaś ten czas spożytkować lepiej, to pozbądź się tej książki. To, że będzie stała na półce nie wniesie do twojego życia absolutnie niczego oprócz porcji kurzu do sprzątania. Pomijam fakt, że do niektórych książek chcemy wracać. Oczywiście nie namawiam do pozbywania się perełek.

Ozdoby w domu często żyją swoim życiem. Są bo są, bo przecież nie szkodzą, a jak twierdzi moja mama- „jeść nie proszą”, a że do niczego nie pasują to już inna bajka. Te wszystkie rzeczy mają na ciebie wpływ. Usuń je, a poczujesz się lepiej i odkryjesz piękno tych przedmiotów, które naprawdę mają dla ciebie wartość. Plus odzyskasz nieco kontroli nad swoim domem.

Ja zrobiłam Wielkie Porządki w domu. Wyrzuciłam stare notatki, serduszka, które chciałam powiesić na ścianie od roku, książki, które były w moim domu tylko dlatego, że ich nie wyrzuciłam, przeterminowane leki, gazety, które zawsze wzbudzały we mnie niesmak, z powodu bezsensownie wydanych pieniędzy i zmarnowanego nań papieru, wreszcie ubrania, które nie sprawiały mi radości. Wyrzuciłam mnóstwo rzeczy. Każda rzecz ma swoje miejsce, nawet klucze i torebka po wejściu do domu. Mniej rzeczy to mniej ograniczenia. Mniej rozpraszanej uwagi i energii. Więcej swobody. Więcej przestrzeni. Mniej znaczy więcej. I do tego dążę.

 

Nie posiadaj w swym domu niczego, co nie jest ci przydatne lub czego nie uważasz za piękne

William Morris

 

 

male rzeczy-duzy problem

Wszystko, co posiadamy, domaga się naszej uwagi. Będąc w pokoju pełnym bibelotów ciężko nam się skupić na rozmowie czy książce, bo jak tylko oderwiemy na moment wzrok, nasza uwaga szuka punktu zaczepienia, o który nietrudno w zagraconym pokoju.

Ludzie chcą bardziej mieć, niż być. Myślą, że mając więcej, są bardziej.

Gonią za króliczkiem, który z każdym dniem jest coraz szybszy, dając im złudzenie, że jeżeli uda się go złapać, to osiągną szczęście i harmonię. Króliczki są różne, w zależności od człowieka. Dla jednych jest to samochód lepszy niż ten sąsiada, dla innych najnowsza gra czy najmodniejsze wczasy. Pod tymi działaniami jest ukryte ego, które buduje sobie poczucie odrębności i wyższości, bazując na przedmiotach, czyli na rzeczach tak samo nietrwałych, jak ono samo. Kolejny nabyty przedmiot okazuje się być rozczarowaniem, nieprzynoszącym szczęście, jeżeli został nabyty w celu zadowolenia ego.

Żyjąc wśród nadmiaru, odbierasz sobie chęci do życia. Nadmiar przedmiotów, zadań, dźwięków, rozprasza Twoją energię, nie dając Ci na dobre skupić się na tym, co dla Ciebie jest naprawdę ważne. Dlaczego godzimy się poświęcać cenne minuty naszego życia na kupowanie rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy, kolejne minuty na oglądanie tych rzeczy i myślenie, że zrobiliśmy błąd, nabywając je, a jeszcze kolejne na żałowanie błędu i mówienie sobie, że skoro, już wydaliśmy te pieniądze na tę przeklętą rzecz, to marnotrawstwem byłoby pozbywanie się jej? Czy ten sposób działania nie jest jakąś formą autodestrukcji? Czy nie jest marnotrawstwem tracenie energii na poświęcanie uwagi tej rzeczy?

Każda rzecz błaga o przelotne spojrzenie, dotknięcie, rozczulenie czy starcie kurzu. Jeżeli nie jest to przedmiot, którego potrzebujesz lub uważasz za piękny, czy jest sens dawać mu swoją cenną energię i czas? Czy suma tych wszystkich dotknięć, rozczuleń i zauważeń przedmiotu nie robi bałaganu w nas samych, dostarczając nam ciągłych, zbędnych bodźców i odciągając naszą uwagę od tego, co dla nas naprawdę się liczy?

To samo dotyczy zadań, których niezupełnie potrzebujesz i niekoniecznie masz na nie ochotę, ale wykonujesz je, bo tak należy. I nie, nie chodzi mi o sprzątanie domu, a o spotkanie z koleżanką, z którą nie masz ochoty się spotkać, robienie nadgodzin, chociaż miałeś coś w planach na wieczór czy siłowanie się na jakieś działania, gdy tak naprawdę wolelibyśmy odpocząć, ale presja społeczeństwa wymaga od nas ciągłej akcji.

Powinniśmy brać odpowiedzialność za siebie, za przedmioty które posiadamy i za działania, które podejmujemy.

Marzymy o wspaniałym, ekscytującym życiu, a pozwalamy przeciętności i bylejakości przejmować naszą uwagę, nie zostawiając jej na działania, które nas prawdziwie zachwycają i dzięki którym czujemy, że my to naprawdę my.

Pierwszym krokiem do szczęścia jest pozbycie się nieszczęścia. A każdy nadmiar jest składową nieszczęścia, który zostawiony sam sobie nabiera magicznej mocy rozprzestrzeniania się na wszystkie obszary naszego życia. Nie każdy wie, czego chce, ale za to każdy dokładnie wie, czego nie chce. I o tym będzie następny post-o odkopywaniu naszego szczęścia ukrytego w składowych blokującego nas nadmiaru nieszczęść.